Recenzje

„7 tygodni” – Ewelina Grzybowska

"7 tygodni" - Ewelina Grzybowska

Autor: Ewelina Grzybowska
Tytuł: 7 tygodni
Data premiery: 24.03.2025
Wydawnictwo: Selfpublishing
Liczba stron: 430
Gatunek: sensacja, thriller psychologiczy

 

„…Wy­grał. Resz­ta zu­peł­nie go nie in­te­re­so­wa­ła. Świat może się już koń­czyć. Był bez­piecz­ny…”

 

     Wydawało mi się, że wiem, na co się piszę. Thriller psychologiczny. Mrok. Siedem grzechów głównych. Plakatowa tajemnica z klimatem „Wyspy tajemnic”.
No więc… nie.
I nie dlatego, że książka była zła.
Tylko dlatego, że nie oddawała klimatu, jakiego się spodziewałam.
Zaczęło się niewinnie: Tomas, człowiek z bagażem, rozpadający się wewnętrznie, pogrążony w przeszłości i w sobie samym.
Obiecywałam sobie, że będzie duszno, intensywnie, może kontrowersyjnie – ale z napięciem.
Zamiast tego przez ponad 2/3 stron brodziłam po kolana w opisach mgły, drzew, uderzeń serca, wspomnień z dzieciństwa, egzystencjalnych rozkmin i monologów wewnętrznych tak długich, że momentami czułam się jak na terapii, ale nie swojej.
I wiecie co?
Zaczęło mnie to zwyczajnie męczyć.
Długo miałam nadzieję, że to wszystko prowadzi do czegoś przełomowego. Że te „7 grzechów głównych” pojawi się nie tylko jako hasło marketingowe, ale jako literacka oś.
Ale nie. Ja tych grzechów nie znalazłam. Ani jako struktury, ani jako symboli.
A potem – bum.
Ostatnie sto stron to zupełnie inna książka.
Zaczęło się dziać.
Nareszcie!
Pojawia się przemoc, gwałt, śmierć, kara. Brutalna, ostra końcówka. I nie, nie zaskakująca – ale przynajmniej konkretna.
Tomas przestaje być biednym, pogubionym człowiekiem.
On staje się potworem. Świadomym. Chorym. Groźnym.

Bo to, co Tomas robi później… to już nie jest psychologiczna szarpanina. To fizyczne zło. Nie metafora. Nie trauma. Zło, które ma ręce, zęby, ślinę i krew. I które się nie waha. Gwałt. Brutalność. I świadomość – bo on wie, co robi. I mówi wprost, że zrobiłby to znowu.

I teraz najważniejsze:
Nie uważam, że to zła książka.
Uważam, że to książka nie dla mnie.
A dokładniej: że dałam się złapać na klimat, który obiecywał coś innego, niż potem dostałam.

Liczyłam na thriller psychologiczny, a dostałam powolną, miejscami duszną, obyczajowo-psychologiczną podróż przez psychikę faceta, którego nie mogłam ani polubić, ani zrozumieć.
Nie wkurzył mnie – znużył.
Nie złamał mi serca – tylko cierpliwość.
I wiesz co? Żałuję, że mnie to nie ruszyło wcześniej. Że czułam więcej w scenie brutalnego gwałtu niż w całych 250 stronach monologów o cierpieniu, dylematach moralnych, o kiełkowaniu w chorym umyśle planu na osiągnięcie własnych pragnień, marzeń, zachcianek. Że musiałam się zmuszać do czytania. Że nie potrafię tej książki ani polecić, ani potępić – bo jest gdzieś pomiędzy. Jak niedopowiedziany krzyk. Ale pretensje mam głównie do siebie – że dałam się złapać na te siedem tygodni.
I że do końca czekałam na emocje, które przyszły dopiero wtedy, gdy już było po wszystkim.
Zamykam. Nie wracam.

Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *