Recenzje

„To jej.Żałoba”- Emma Angstrom

Autor: Emma Angstrom
Tytuł: To jej.Żałoba

Data premiery: 12.12.2025
Wydawnictwo:Wydawnictwo LeTra
Liczba stron: 344
Gatunek: kryminał, thriller psychologiczny
Tłumaczenie:Monika Walczak

„On nie może rościć sobie żadnych praw do niej. Nie wolno mu powodować w niej takiego strachu i poczucia zagrożenia”.

No i proszę. Druga część, a tu zamiast zwyczajowego odgrzewania pomysłów z pierwszej autorka podkręciła temperaturę, docisnęła emocjonalną śrubę i sprawiła, że przez większą część książki siedziałam spięta jak człowiek, który usłyszał podejrzany trzask w pustym mieszkaniu. Czytałam, zerkałam na godzinę, obiecywałam sobie jeszcze jeden rozdział, po czym pięć rozdziałów później nadal próbowałam udawać, że całkowicie kontroluję sytuację.

Nie kontrolowałam.

„To jej żałoba” okazała się dla mnie zdecydowanie lepsza od pierwszego tomu. Bardziej angażująca, duszniejsza i przede wszystkim mocniej osadzona w emocjach kobiet, którym życie nagle wyrywa spod nóg podłogę.

Edda zostaje sama po tym, jak Rasmus oznajmia jej, że chce rozwodu. Nie owija w bawełnę, nie próbuje nawet udawać przyzwoitego człowieka, który pamięta, że po drugiej stronie rozmowy stoi ktoś z uczuciami. Po prostu informuje żonę, że już mu się nie podoba, nie jest zakochany i chciałby sypiać z innymi kobietami. Subtelność godna cegły wrzuconej przez okno.

„Ale ty już mi się nie podobasz”.

Jedno zdanie, a potrafi człowiekowi zrobić z poczucia własnej wartości mielonkę.

Rasmus pakuje walizkę i wychodzi, zostawiając Eddę z Ilse, rozwalonym małżeństwem oraz pytaniami, na które nie ma żadnej dobrej odpowiedzi. I właśnie wtedy zaczyna się jej emocjonalna jazda bez trzymanki. Nie ta elegancka, literacka, podczas której bohaterka wypija kieliszek wina, zmienia fryzurę i po trzech dniach odkrywa w sobie boginię. Edda cierpi paskudnie. Rozpacza, pije, wścieka się, tęskni, próbuje odzyskać Rasmusa, śledzi jego nowe życie i podejmuje decyzje, przy których zdrowy rozsądek siada w kącie, zakrywa twarz dłońmi i prosi, żeby go z tym nie łączyć.

I ja ją właśnie za to polubiłam.

Bo Edda nie jest wykrojoną z poradnika kobietą sukcesu, która przeżywa rozwód w lnianej koszuli i przy kojących dźwiękach mis tybetańskich. Ona się rozsypuje. Bywa impulsywna, chaotyczna i zwyczajnie nierozsądna. Chwilami miałam ochotę wejść do książki, zabrać jej telefon, wylać alkohol do zlewu i powiedzieć: „Kobieto, błagam, zachowaj chociaż resztki godności, skoro on własną właśnie wyniósł w walizce”. Tyle że jednocześnie doskonale rozumiałam jej rozpacz. Edda nie traci wyłącznie męża. Traci życie, które uważała za pewne, wspólną przyszłość i tę wersję siebie, która czuła się kochana.

Przeżywałam razem z nią upokorzenie, wściekłość i tę paskudną nadzieję, która uparcie każe wierzyć, że może jeszcze wszystko da się naprawić. Nawet jeśli druga strona potraktowała wspólne lata jak subskrypcję, z której właśnie postanowiła zrezygnować.

Tyle że rozpad małżeństwa szybko przestaje być największym problemem Eddy.

W jej życiu pojawia się ktoś, kto obserwuje ją zdecydowanie zbyt uważnie. Najpierw są gesty, które w komedii romantycznej pewnie dostałyby uroczą muzykę w tle: kwiaty, prezenty, zainteresowanie. Tylko że tutaj od początku coś zgrzyta. Ktoś zna jej zwyczaje. Wie, gdzie bywa i jak wygląda jej codzienność. Wchodzi coraz głębiej w jej prywatność, choć nikt go do niej nie zapraszał.

Romantyzm bardzo szybko zdejmuje więc elegancki płaszczyk, a pod spodem stoi stalking w całej swojej obrzydliwej okazałości.

I ten wątek naprawdę mnie dopadł. Autorka świetnie oddaje uczucie, kiedy przestrzeń, która powinna być bezpieczna, przestaje należeć do ciebie. Dom już nie chroni. Telefon nie łączy ze światem, tylko przynosi kolejne powody do strachu. Każdy mężczyzna zaczyna wyglądać podejrzanie, każdy cień wydaje się poruszać, a człowiek stopniowo traci pewność, czy zagrożenie rzeczywiście jest tak blisko, czy może właśnie zaczyna wariować.

Najgorsze w stalkingu jest przecież nie tylko to, że ktoś patrzy. Najgorsza jest świadomość, że nie wiadomo, od jak dawna, z jakiego miejsca i co zamierza zrobić, kiedy samo patrzenie przestanie mu wystarczać.

Prześladowca nie widzi w Eddzie człowieka. Widzi kobietę, którą sobie wybrał, więc w swoim wypaczonym świecie uznaje, że już w pewnym sensie do niego należy. Jej granice traktuje jak przejściową niedogodność, a strach jak przeszkodę, którą da się pokonać odpowiednio dużą dawką „miłości”. Oczywiście tej odmiany miłości, po której człowiek wymienia zamki, zasłania okna i przestaje spać.

Czytałam więc z rosnącym napięciem, próbując odgadnąć, kto znajduje się po drugiej stronie. Podejrzewałam jednego, potem drugiego, następnie wracałam do pierwszego, bo przecież najwyraźniej postanowiłam urządzić sobie prywatne śledztwo bez odznaki, dowodów i jakichkolwiek kwalifikacji. Pewne było tylko jedno: ktoś znajduje się zdecydowanie za blisko Eddy.

Równolegle poznajemy historię Lindy, żony Jespera. Na zewnątrz tworzą rodzinę. Mają dzieci, dom i codzienność, która może nie jest idealna, ale nadal przypomina zwyczajne życie. Tyle że Linda zaczyna dostrzegać rzeczy, których nie potrafi już spokojnie odłożyć na półkę z napisem „przesadzam”.

Kiedy kolejne drobiazgi zaczynają układać się Lindzie w obraz, którego za nic nie chce zobaczyć, pojawia się podejrzenie tak przerażające, że łatwiej byłoby wmówić sobie szaleństwo, niż przyjąć je za prawdę.

A Jesper bardzo chętnie jej w tym pomaga.

Podważa jej pamięć, ocenę sytuacji i emocje. Wmawia, że przesadza, źle widzi, źle rozumie i niepotrzebnie się nakręca. Linda jest przerażona, uzależniona od wspólnego życia i od lat manipulowana przez człowieka, który doskonale wie, gdzie nacisnąć.

„Cały czas powtarzała sobie, że zostaje dla dobra dzieci. Ale tak naprawdę była po prostu zbyt przerażona, żeby go zostawić”.

Ten fragment uderzył mnie szczególnie mocno.

Bo bardzo łatwo ocenia się kobietę, kiedy siedzi się bezpiecznie po drugiej stronie książki. Dlaczego nie odeszła? Dlaczego wcześniej niczego nie zauważyła? Dlaczego nie zadzwoniła na policję? Dlaczego milczała?

No właśnie. Dlaczego nie zachowała się jak idealna ofiara napisana pod wygodę publiczności?

Linda popełnia błędy. Widzi sygnały i próbuje je wypierać. Przez chwilę kurczowo trzyma się każdej możliwości, która pozwoliłaby jej nie wierzyć, że człowiek śpiący obok może być potworem. Nie dlatego, że jest głupia. Przyjęcie prawdy oznaczałoby zburzenie całego świata, narażenie dzieci.

Dlatego przeżywałam tę książkę z obiema bohaterkami, choć każda znajdowała się w zupełnie innym miejscu. Edda próbuje pozbierać siebie po rozpadzie małżeństwa, jednocześnie czując na plecach cudzy wzrok. Linda zaczyna rozumieć, że człowiek, z którym stworzyła rodzinę, może być kimś zupełnie innym. Jedna nie wie, kto ją obserwuje. Druga coraz bardziej boi się tego, kogo widzi codziennie.

I z każdą stroną robiło się ciaśniej.

W tej historii napięcie nie wyskakuje nagle z szafy z nożem w dłoni. Ono długo chodzi za bohaterkami, oddycha im w kark i odbiera poczucie bezpieczeństwa kawałek po kawałku. A kiedy wreszcie wydarzenia przyspieszają, trudno już książkę odłożyć. Końcówkę właściwie połknęłam, bo autorka bardzo sprawnie doprowadziła oba wątki do momentu, w którym człowiek czyta szybciej, niż powinien, a jednocześnie chciałby zwolnić, żeby przypadkiem nie przegapić żadnego szczegółu.

Owszem, bohaterki nie zawsze zachowują się tak, jak nakazywałby rozsądek. Edda chwilami podejmuje decyzje, po których miałam ochotę wysłać jej instrukcję obsługi instynktu samozachowawczego. Tyle że tutaj wcale mi to nie przeszkadzało. Ludzie pod wpływem strachu, rozpaczy i adrenaliny rzadko stają się nagle mistrzami strategicznego planowania. Częściej biegną tam, gdzie nie powinni, wierzą niewłaściwym osobom i dopiero po wszystkim odkrywają, że można było zrobić to inaczej.

„To jej żałoba” nie jest wyłącznie historią o stalkerze i seryjnym przestępcy. To opowieść o kobietach, którym ktoś próbuje odebrać prawo do własnych uczuć, decyzji i wersji rzeczywistości. O strachu, który z zewnątrz bywa niewidoczny. O żałobie po związku, rodzinie i człowieku, który być może nigdy nie istniał w takiej postaci, w jakiej się go kochało.

Drugi tom trzymał mnie w napięciu praktycznie bez przerwy. Był mocniejszy, bardziej emocjonalny i znacznie trudniejszy do odłożenia niż pierwsza część. Dostałam historię, która nie tylko kazała mi sprawdzać, kto stoi za plecami Eddy, lecz również pozwoliła poczuć jej rozpacz, wstyd, złość i powolne odzyskiwanie siebie.

Zamknęłam książkę z ulgą, że mogę wreszcie rozluźnić ramiona, oraz z satysfakcją, że tym razem Emma Ångström naprawdę wiedziała, gdzie wbić emocjonalną szpilę. I nie, nie zrobiła tego delikatnie.


Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *