
Autor: Marlena Męcka
Tytuł: Przede mną był ktoś jeszcze
Data premiery: 01.12.2024
Wydawnictwo: Residport Sp z o. o.
Liczba stron: 328
Gatunek: kryminał, thriller
„Wiem już, ile kosztuje miłość i wiem też, że już mnie na nią nie stać.”
Są takie książki, które można spokojnie odłożyć, zrobić pranie, ugotować obiad i wrócić do nich wieczorem. „Przede mną był ktoś jeszcze” najwyraźniej nie uznaje takiej swobody w związku. Ta historia weszła mi do głowy, zamknęła drzwi na klucz i oznajmiła: nigdzie nie idziesz, dopóki nie dowiesz się, co tu się właściwie wydarzyło.
A ja, kobieta teoretycznie dorosła i posiadająca jakieś obowiązki, potulnie się zgodziłam. Obowiązki zaczekały. Sen również. Ciekawość, jak wiadomo, nie płaci rachunków, ale za to znakomicie demoluje plany na wieczór.
Evelin Rouso zostaje zatrzymana po tym, jak zabija człowieka. Nie ucieka, nie próbuje zacierać śladów i nie zamierza udawać, że akurat przechodziła obok z zakrwawionym kamieniem w dłoni. Jest przekonana, że uratowała napadniętą kobietę. Zabiła potwora. Sprawa wydaje się prosta, a policja prawdopodobnie mogłaby już drukować dokumenty i zastanawiać się, co zamówić na obiad.
Tyle że kobieta, której Evelin miała pomóc, przedstawia zupełnie inną wersję wydarzeń.
I właśnie wtedy zaczyna się czytelnicza jazda bez trzymanki, pasów bezpieczeństwa oraz aktualnego przeglądu technicznego.
Od pierwszych stron wiedziałam, że coś tutaj potwornie śmierdzi. I nie chodziło wyłącznie o zbrodnię. W opowieści Evelin pojawiały się drobne pęknięcia: urwane wspomnienia, słowa powtarzane jak zaklęcie, reakcje niepasujące do sytuacji. Niby wszystko dało się jeszcze jakoś wytłumaczyć, ale pod skórą cały czas siedziało mi nieprzyjemne przeczucie, że ktoś kłamie. Pytanie brzmiało tylko: kto, komu i od ilu lat?
Odpowiedź okazała się mniej więcej tak prosta jak rodzinne drzewo narysowane przez pijanego genealogia po trzech rozwodach i jednym romansie.
Historia prowadzona jest na dwóch płaszczyznach czasowych. W teraźniejszości Evelin przebywa w areszcie, próbuje zrozumieć własne zachowanie i przekonuje wszystkich, że zrobiła to, co należało. Przeszłość odsłania natomiast jej dorastanie w bogatej, wpływowej rodzinie oraz relację z Holly Green – dziewczyną z zupełnie innego świata, która staje się dla niej najbliższą osobą.
I tutaj teoretycznie mogłabym odetchnąć. Przyjaźń, wspólne sekrety, młodzieńcze marzenia. Może choć przez chwilę będzie miło?
Nie będzie.
W tej książce nawet ciepłe wspomnienia mają pod podszewką coś ostrego. Każda scena, która początkowo wydawała mi się bezpieczna, po kilku rozdziałach nabierała innego znaczenia. Każda odpowiedź natychmiast rodziła trzy następne pytania. Dostawałam kawałek prawdy, cieszyłam się przez siedem sekund, po czym autorka wyciągała kolejny element układanki i okazywało się, że mój obraz sytuacji można spokojnie wyrzucić do kosza razem z resztkami czytelniczej pewności siebie.
To jest fabularna matrioszka. Tylko każda następna laleczka ma tajemnicę, nóż za plecami i poważny problem z komunikacją.
Najmocniej działało na mnie jednak nie samo pytanie, kto zawinił. Bardziej interesowało mnie, dlaczego Evelin tak kurczowo trzyma się swojej wersji zdarzeń. Dlaczego nie chce wyjść z aresztu? Dlaczego więzienna cela daje jej większe poczucie bezpieczeństwa niż własny dom? Co musiało się wydarzyć, żeby kobieta mająca pieniądze, pozycję i ludzi gotowych natychmiast ruszyć jej na ratunek wolała zostać zamknięta?
Bogactwo w tej historii działa zresztą głównie jako bardzo eleganckie opakowanie na przemoc, kontrolę i emocjonalną zgniliznę. Są piękne domy, rodzinne firmy, bale charytatywne i fundacja pomagająca kobietom. Wszystko wygląda znakomicie na zdjęciach. Gorzej, kiedy zamkną się drzwi i nikt obcy nie patrzy.
Bohaterowie wyjątkowo chętnie używają słowa „ochrona”. Ojciec chroni córkę, mąż chroni żonę, matka chroni rodzinę, a wszyscy razem chronią reputację. Tyle że ta ich troska ma dziwną skłonność do zakładania kajdanek, wydawania rozkazów i odbierania innym prawa do decydowania o sobie.
To nie jest ochrona. To kontrola w eleganckim płaszczu, z drogą torebką i przekonaniem, że skoro robi coś „dla twojego dobra”, to nie wypada protestować.
Evelin momentami doprowadzała mnie do szału. Chciałam wejść do książki, złapać ją za ramiona i powiedzieć: kobieto, przestań ufać ludziom tylko dlatego, że mówią spokojnym głosem i mają dobrze skrojony garnitur. To naprawdę nie jest certyfikat moralności. Hannibal Lecter również potrafił zachować się przy stole.
Jednocześnie trudno było mi ją oceniać. Im więcej dowiadywałam się o jej życiu, tym mocniej czułam, że patrzę na osobę, której przez lata odbierano pewność własnych odczuć. Evelin nie ufa sobie, bo inni konsekwentnie przekonywali ją, że przesadza, źle pamięta, niewłaściwie reaguje albo zwyczajnie nie wie, co jest dla niej najlepsze. Nawet kiedy wreszcie zaczyna mówić własnym głosem, sama nie jest pewna, czy ten głos naprawdę należy do niej.
I ten właśnie brak pewności udzielił się również mnie.
Czytałam w ciągłej gotowości. Wracałam myślami do wcześniejszych scen, sprawdzałam, czy czegoś nie przeoczyłam, i podejrzewałam praktycznie każdego. Gdy tylko uznawałam, że komuś mogę zaufać, ta osoba robiła coś, po czym mentalnie odbierałam jej klucze do mieszkania i dostęp do ekspresu do kawy.
Najgorsze było to, że nie potrafiłam przerwać. Każdy rozdział kończył się dokładnie w takim miejscu, w którym rozsądny człowiek powinien zgasić światło, ale czytelnik mówi sobie: jeszcze tylko jeden.
Największe kłamstwo świata, zaraz po „oddzwonię” i „nie jestem głodna, wezmę tylko jedną frytkę”.
To „jeszcze tylko jeden” błyskawicznie zamieniało się w kolejne kilkadziesiąt stron. Musiałam wiedzieć, co stało się z Holly. Musiałam zrozumieć, dlaczego przeszłość Evelin wygląda jak korytarz pełen zamkniętych drzwi, za którymi wszyscy nerwowo przestawiają meble. Musiałam odkryć, kto jest ofiarą, kto oprawcą, a kto przez lata perfekcyjnie odgrywał niewinną osobę.
I za każdym razem, kiedy wydawało mi się, że już wiem, książka grzecznie odpowiadała: och, kochanie.
„Przede mną był ktoś jeszcze” przez cały czas utrzymywało mnie w stanie lekkiego napięcia. Nie takiego efektownego, w którym co pięć stron ktoś wyskakuje z siekierą zza firanki. To był bardziej uporczywy ucisk w żołądku. Przekonanie, że coś złego wydarzyło się już dawno, tylko prawda wciąż nie ma odwagi wyjść z ukrycia.
Im bliżej finału, tym mocniej czułam, że tutaj nikt nie mówi wszystkiego. Jedni kłamią ze strachu, inni z miłości, jeszcze inni dlatego, że prawda mogłaby zarysować im reputację, a przecież od ludzkiego cierpienia znacznie gorsza jest rysa na rodzinnym wizerunku.
Końcówka nie tylko poukładała rozsypane elementy. Ona zmusiła mnie do ponownego spojrzenia na całą historię. Nagle drobne gesty, zdania i zachowania nabrały zupełnie innego ciężaru. To, co wcześniej wydawało się przejawem troski, zaczęło wyglądać jak próba zatrzymania kogoś przy sobie za wszelką cenę. A miłość, która miała ratować, okazała się kolejną klatką.
Nie będę zdradzać finału, bo odebranie komuś możliwości samodzielnego odkrywania tej prawdy powinno być karane obowiązkowym czytaniem instrukcji obsługi pralki od początku do końca. Powiem tylko, że ostatnie wyznania nie tyle mnie zaskoczyły, ile zwyczajnie zabolały.
Bo pod zbrodnią i całą siecią rodzinnych sekretów kryje się opowieść o ludziach, którzy tak bardzo bali się utraty bliskiej osoby, że ostatecznie sami ją zniszczyli. Każdy chciał kogoś ocalić. Każdy miał swoje uzasadnienie. Każdy powtarzał, że działa z miłości.
A trupów – dosłownych i emocjonalnych – przybywało.
„Przede mną był ktoś jeszcze” podobało mi się bardzo. Było duszne, bolesne i niepokojące dokładnie w ten sposób, który uwielbiam w thrillerach psychologicznych. Nie pozwalało mi osiąść wygodnie w jednej wersji wydarzeń. Zmuszało do ciągłego podważania tego, co już wiedziałam, i przypominało, że pamięć nie zawsze jest wiarygodnym świadkiem, zwłaszcza kiedy przez lata karmi się ją strachem.
To nie jest książka do spokojnego poczytania przed snem. Chyba że lubicie później leżeć w ciemności, patrzeć w sufit i zastanawiać się, ilu ludzi naprawdę znamy, a ilu znamy wyłącznie w wersji, którą postanowili nam pokazać.
Ja nie potrafiłam jej odłożyć. Ciekawość nie dawała mi spokoju, napięcie nie odpuszczało, a gdzieś z tyłu głowy cały czas słyszałam ostrzeżenie, że najgorsza prawda jeszcze nie została wypowiedziana.
I miało rację. Bo czasami potwór wcale nie czeka w ciemnej uliczce. Czasami robi ci śniadanie, mówi, że cię kocha, i przekonuje, że wszystko robi dla twojego dobra.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

