
Autor: Michalina Remisz
Tytuł: Mama zła
Data premiery: 26.06.2026
Wydawnictwo:Darwin & Watson Publishing
Liczba stron: 254
Gatunek: kryminał, thriller
„Luna w kajdankach nie wyglądała na winną. Wyglądała na dziewczynę, która już dawno została ukarana.”
Książkę przeczytałam w ramach współpracy recenzenckiej z Michaliną Remisz. I od razu zaznaczę: współpraca nie obejmuje klękania przed książką i śpiewania jej psalmów pochwalnych 😉 Obejmuje za to uczciwe emocje. A tych przy „Mamie Złej” miałam sporo. Od ciekawości, przez wściekłość i bezsilność, aż po to charakterystyczne: „no dobrze, jeszcze tylko jeden rozdział”, które jak zwykle kończy się nagłym odkryciem, że czytnik nie odłożył się sam, obowiązki nie wyparowały, a ja właśnie przeczytałam pół książki.
Bo „Mamę Złą” czyta się szybko. Bardzo szybko. Nie dlatego, że historia jest lekka – lekka to tutaj może być co najwyżej ręka prokuratora, kiedy bez większych ceregieli wskazuje najbardziej medialną podejrzaną. Ta książka płynie, ponieważ została sprawnie zbudowana. Krótkie sceny, dużo dialogów, kolejne przesłuchania, nowe fragmenty wspomnień, pamiętniki i drobiazgi, które z początku wyglądają niewinnie, a później zaczynają układać się w znacznie mniej rodzinny obrazek.
Agata Romańska zostaje zamordowana, a podejrzenia niemal natychmiast spadają na jej starszą córkę – Emilię, znaną milionom ludzi jako Luna. Wokalistkę, influencerkę i dziewczynę, której życie jest własnością publiczną mniej więcej od chwili, kiedy ktoś pierwszy raz skierował na nią kamerę. Prokurator Sadecki wyczuwa sprawę, przy której można ładnie stanąć bokiem do fleszy, wypiąć pierś i ogłosić sukces jeszcze zanim śledztwo zdąży założyć buty. Tylko komisarz Mirosława Zawadzka patrzy na to wszystko i nie kupuje gotowego rozwiązania w promocji.
I właśnie Mirka jest dla mnie największą siłą tej historii.
To przez jej oczy oglądamy śledztwo. Razem z nią wchodzimy do domu, w którym pozornie nic nie krzyczy, a jednak człowiek od progu ma ochotę sprawdzić, czy ściany przypadkiem nie nauczyły się milczeć. Razem z nią słuchamy zeznań, zaglądamy do pamiętników, próbujemy oddzielić rodzinne wersje wydarzeń od tego, co naprawdę wydarzyło się między ludźmi. Nie dostajemy historii podanej przez wszechwiedzącego narratora z palcem wskazującym: to jest ważne, na to patrz, tutaj autorka właśnie podrzuciła trop. Dostajemy fragmenty. Cudze słowa, półprawdy, przemilczenia i emocje, których nie da się wpisać do policyjnego protokołu, chociaż czasem mówią więcej niż wszystkie dowody razem wzięte.
Bardzo polubiłam ten sposób opowiadania. Mirka nie jest bezdusznym wykrywaczem kłamstw na dwóch nogach. Ma własne doświadczenia, własne uprzedzenia i własne miejsca, w które ta sprawa wbija palec trochę za głęboko. Jej intuicja nie bierze się z magicznego olśnienia godnego kryminału, w którym detektyw patrzy na popielniczkę i po trzech sekundach zna nazwisko mordercy, znak zodiaku oraz rozmiar buta jego ciotki. Mirka obserwuje. Słucha. Nie ufa łatwym odpowiedziom. Czasem błądzi, czasem zbyt mocno wierzy własnym przeczuciom, ale właśnie dzięki temu jest żywa. Nie stoi obok tej historii w laboratoryjnych rękawiczkach. Ona w niej grzebie, brudzi się nią i coraz wyraźniej czuje, że pod medialnym widowiskiem leży coś znacznie starszego niż jedna zbrodnia.
Internet nie wydaje na Lunę jednego, zgodnego wyroku. Przeciwnie – miliony fanów stoją po jej stronie, bronią jej i wierzą w jej niewinność. Oczywiście sieć pozostaje siecią, więc obok wsparcia natychmiast wyrastają teorie, samozwańczy eksperci i ludzie, którzy po obejrzeniu trzydziestosekundowego nagrania czują się kompetentni do prowadzenia śledztwa. Jednak to nie internet najbardziej spieszy się z zamknięciem sprawy. Najbardziej spieszy się człowiek, któremu rozwiązanie wyjątkowo ładnie wyglądałoby w nagłówkach. I przyznam, że Sadecki działał mi na nerwy z imponującą skutecznością. Są postacie, które muszą kogoś zabić, żeby wzbudzić niechęć. Jemu wystarczyło kilka zdań i pewność siebie człowieka, który już widzi siebie w wieczornych wiadomościach.
Według mnie morderstwo nie jest tutaj najważniejsze. Ono uruchamia fabułę, napędza śledztwo i stawia pytanie, na które chcemy poznać odpowiedź, jednak prawdziwy ciężar tej książki leży gdzie indziej. W rodzinie, która latami doskonaliła narodową dyscyplinę olimpijską: zamiatanie wszystkiego pod dywan, a potem siadanie na tym dywanie z miną sugerującą, że przecież u nas zawsze było normalnie.
I właśnie to poruszyło mnie najmocniej. Nie tajemnica. Nie policyjne procedury. Nie pytanie „kto?”. Najbardziej przeżyłam to, ile krzywdy może się zmieścić w słowach: „nie przesadzaj”, „nic takiego się nie stało”, „to sprawy rodzinne”. Jak łatwo dorośli potrafią uznać cudzy ból za niewygodny hałas i po prostu ściszyć go do zera. Problem nie znika, ale przynajmniej nie psuje obiadu. Można podać ziemniaki, zapytać o szkołę i nadal udawać, że rodzina jest szczęśliwa, skoro nikt jeszcze nie rzucił talerzem. Nienawiść Emilii do matki nie wyrasta nagle jak chwast po jednym deszczu. Ona jest długo podlewana upokorzeniem, odrzuceniem i świadomością, że osoba, która powinna chronić, zna wszystkie czułe miejsca i trafia w nie bez pudła.
Autorka nie robi z tego wykładu o przemocy międzypokoleniowej. Na szczęście. Pokazuje ją w zachowaniu, w wypowiedziach, w dziecięcych wspomnieniach i w tym, co bohaterki próbują powiedzieć, choć przez lata uczono je milczenia. Dzięki temu emocje nie pachną podręcznikiem. Pachną zamkniętym pokojem, w którym od dawna nikt nie otwierał okna.
Język powieści jest prosty, bezpośredni i bardzo komunikatywny. Michalina Remisz nie stroi zdań w koronkowe majtki tylko po to, żeby zaprezentować literacką bieliznę. Pisze tak, żeby historia poruszała się szybko, a emocje trafiały bez tłumacza. Dialogi brzmią naturalnie, a poszczególne głosy dają się od siebie odróżnić. Szczególnie dobrze wypadają pamiętniki, bo naprawdę czuć w nich młodszą bohaterkę: jej sposób myślenia, naiwność, potrzebę miłości i próby zrozumienia rzeczy, których żadne dziecko nie powinno być zmuszone rozumieć.
Fajne jest to, że ciężar opowieści od czasu do czasu zostaje rozładowany odrobiną humoru. Romek i Hektor wprowadzają trochę powietrza do historii, która bez takich momentów mogłaby czytelnika emocjonalnie przygnieść. Nie odbierają tematowi powagi. Przypominają jedynie, że życie ma wyjątkowo bezczelny zwyczaj wpuszczania absurdu nawet tam, gdzie człowiek właśnie próbuje zachować śmiertelną powagę.
Fabuła jest spójna, a kolejne informacje pojawiają się w odpowiednich miejscach. Autorka umiejętnie odwraca uwagę, pozwala podejrzewać, zmieniać zdanie i wracać myślami do wcześniejszych scen. Nie czułam, że ktoś prowadzi mnie za rękę po czerwonej linii namalowanej na podłodze. Raczej szłam obok Mirki, zbierałam własne wrażenia i próbowałam zdecydować, komu wierzę. A że w tej rodzinie prawda jest towarem reglamentowanym, co chwilę musiałam przeliczać wszystko od nowa.
Zakończenie mnie zaskoczyło – i mówię to z uznaniem, bo zaskoczenie w kryminale bardzo łatwo pomylić z wyciągnięciem królika z kapelusza, którego wcześniej nawet nie było na stole. Tutaj finał nie spada z sufitu. Po wszystkim można wrócić myślami do wcześniejszych fragmentów i zobaczyć, że pewne elementy czekały na właściwe odczytanie. Lubię takie rozwiązania. Takie, które nie robią z czytelnika idioty, tylko uprzejmie pokazują mu język: patrzyłeś, ale nie zauważyłeś.
I właśnie dlatego epilog tak bardzo mnie zirytował.
Historia już się domknęła. Emocje siadły na właściwych miejscach. Czytelnik dostał wystarczająco dużo, żeby zrozumieć, dopowiedzieć i samodzielnie połączyć ostatnie punkty. Ja już wiedziałam. Byłam usatysfakcjonowana. Mogłam zostać z tym zakończeniem i przez chwilę je sobie w głowie przeżuwać.
A potem autorka wróciła z flamastrem, zakreślaczem i prezentacją w PowerPoincie pod tytułem „Na wypadek, gdyby ktoś jednak nie zrozumiał”.
Epilog tłumaczy zbyt wiele i robi to zbyt szczegółowo. Rozmowa chwilami brzmi tak, jakby bohaterowie nie rozmawiali ze sobą, tylko zdawali czytelnikowi sprawozdanie z rozwiązania fabuły. Zabrakło mi zaufania do mojej wyobraźni. Do tego, że potrafię wyciągać wnioski bez instrukcji obsługi i schematu z podpisanymi strzałkami. Nie wszystko trzeba dopowiadać. Czasem najlepsze zakończenie to takie, które zamyka drzwi, ale zostawia czytelnika z uchem przyłożonym do drewna.
Czy ten epilog zepsuł mi książkę? Nie. Zabrał finałowi trochę elegancji, ale nie unieważnił emocji, które pojawiły się wcześniej. A tych było dużo.
„Mama Zła” okazała się dla mnie nie tyle opowieścią o zamordowanej kobiecie, ile historią o tym, co dzieje się z bólem, kiedy przez lata nikt nie chce go zauważyć. On nie znika. Nie robi się grzeczniejszy. Nie przeprowadza się do innej rodziny. Siedzi pod tym cholernym dywanem, rośnie, twardnieje i czeka, aż ktoś wreszcie się o niego potknie.
Czytałam szybko, ale nie przeszłam przez tę książkę obojętnie. Wkurzała mnie, ściskała, czasem bawiła, a przede wszystkim przypominała, że przemoc nie zawsze podnosi głos. Czasami mówi spokojnie, poprawia dziecku włosy i każe mu nie robić scen.
A potem cała rodzina zgodnie twierdzi, że przecież nic się nie stało.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

