
Autor: Fernando Gamboa
Tytuł: Ostatnie zaginione miasto
Data premiery: 30.06.2026
Wydawnictwo: Autornia
Liczba stron: 425
Gatunek: powieści przygodowe
Tłumaczenie: Piotr Jarco
„Każda legenda zaczyna się od człowieka, który odważył się pójść dalej niż inni.”
Siedziałam sobie spokojnie z książką. Naprawdę miałam plan przeczytać trzy rozdziały, odłożyć ją na stolik i pójść spać jak odpowiedzialny dorosły człowiek. Fernando Gamboa najwyraźniej uznał jednak, że odpowiedzialność jest przereklamowana, bo zanim zdążyłam się zorientować, siedziałam już razem z Ulisesem po kolana w amazońskim błocie, przeklinałam wilgoć, kibicowałam Cassie i zastanawiałam się, czy autor naprawdę aż tak nie cierpi swoich bohaterów, czy po prostu z sadystyczną satysfakcją wrzuca ich z jednej katastrofy prosto w następną.
I wiecie co?
Bawiłam się przy tym znakomicie.
Po sukcesie „Ostatniej krypty” można było pójść na łatwiznę. Powtórzyć sprawdzony schemat, zmienić lokalizację, dorzucić kilka nowych zagadek i liczyć, że czytelnicy znowu dadzą się porwać. Tymczasem Gamboa robi coś znacznie odważniejszego. Bierze wszystko to, co działało w pierwszym tomie, po czym… dokręca śrubę tak mocno, że momentami miałam wrażenie, iż sama dżungla próbuje wyrwać mi książkę z rąk.
Tym razem wszystko zaczyna się od tragedii. Profesor Castillo popełnia błąd, który kosztuje go więcej, niż był w stanie przewidzieć. Jego córka Valeria znika gdzieś w najbardziej niedostępnym zakątku Amazonii, a ojciec nie zamierza czekać, aż ktoś inny ją odnajdzie. Problem polega na tym, że miejsce, do którego prowadzą tropy, od dawna funkcjonuje bardziej jako legenda niż punkt na mapie. Mówi się o zakazanym mieście ukrytym pod warstwami dżungli, o ruinach przeczących historii, o plemionach, które nie życzą sobie żadnych gości, i o czymś, co od stuleci powinno pozostać pogrzebane.
Profesor oczywiście nie rusza sam.
Ulises nawet przez chwilę nie zastanawia się, czy powinien w to wchodzić. Cassie również. Bo właśnie na tym polega siła tej serii – tutaj przyjaźń nie kończy się na pięknych deklaracjach. Ona oznacza spakowanie plecaka i wejście za kimś do miejsca, z którego istnieje całkiem spora szansa, że już się nie wróci.
I właśnie od tego momentu książka praktycznie nie zwalnia.
Najgorsze jest jednak coś zupełnie innego. Nie akcja. Nie pościgi. Nie walki. Najgorsza okazuje się sama Amazonia.
Wiecie, co jest zabawne? Po mniej więcej stu stronach złapałam się na tym, że zaczęłam zazdrościć ludziom, którzy naprawdę tam byli. Tak, wiem. Temperatura przypomina wnętrze sauny, powietrze można kroić nożem, wszystko chce cię ugryźć, ukąsić, zarazić albo zwyczajnie pożreć, a mimo to Gamboa opisuje dżunglę z taką czułością i taką plastycznością, że człowiek niemal czuje zapach mokrej ziemi po ulewie. Słyszy owady, których nigdy nie chciałby spotkać na żywo, widzi mgłę unoszącą się nad koronami drzew i ma wrażenie, że sam oddycha tym ciężkim, wilgotnym powietrzem.
W pewnym momencie przestajesz czytać dla historii. Przestajesz czytać dla tajemnicy. Czytasz dla tej przeklętej dżungli. Bo ona żyje. Oddycha. Patrzy. I bardzo wyraźnie daje bohaterom do zrozumienia, że są tam tylko nieproszonymi gośćmi.
Uwielbiam też sposób, w jaki Fernando Gamboa prowadzi swoich bohaterów. Ulises nie jest niezniszczalnym herosem, który z kamienną twarzą wychodzi z każdej opresji. To facet, który potrafi żartować w najmniej odpowiednich momentach, wpada w kłopoty z zadziwiającą regularnością i często bardziej ufa intuicji niż zdrowemu rozsądkowi. Cassie z kolei po raz kolejny udowadnia, że nie jest żadnym dodatkiem do głównego bohatera. Jest inteligentna, odważna i wielokrotnie to właśnie ona staje się tym głosem rozsądku, którego pozostali desperacko potrzebują.
Ich dialogi mają lekkość, której bardzo brakuje wielu współczesnym powieściom przygodowym. Humor pojawia się dokładnie wtedy, kiedy powinien, rozładowuje napięcie, ale nigdy go nie niszczy. Dzięki temu bohaterowie brzmią jak prawdziwi ludzie, a nie maszyny stworzone wyłącznie do przeżywania kolejnych spektakularnych scen.
Ogromnie podobało mi się również to, że autor nie ogranicza się do prostego schematu: „jest skarb, więc go szukamy”. Tutaj stawką od samego początku jest życie konkretnej osoby. Dopiero później okazuje się, że ratunek Valerii prowadzi znacznie dalej – do miejsca, które podważa wszystko, co bohaterowie sądzili o historii i dawnych cywilizacjach.
A kiedy w końcu zaczynają pojawiać się pierwsze ślady legendarnego miasta…
Cóż.
Powiem tylko tyle, że Fernando Gamboa doskonale wie, jak dawkować tajemnicę. Nie rzuca wszystkiego na stół. Pozwala czytelnikowi błądzić razem z bohaterami. Każe mu wątpić, domyślać się, zmieniać teorie, po czym z uśmiechem wywraca je do góry nogami.
I właśnie za to uwielbiam takie książki. Za poczucie przygody. Za dziecięcą ciekawość, którą budzą.
Za tę chwilę, kiedy człowiek zamyka książkę tylko po to, żeby przez moment pomyśleć: „A jeśli naprawdę gdzieś istnieje miejsce, którego jeszcze nie odkryliśmy?”
Oczywiście nie wszystko jest idealne. Gamboa pisze bardzo filmowo, dlatego czasami trzeba zaakceptować, że niektóre wydarzenia rozwijają się szybciej, niż zrobiłoby to życie. Mnie jednak w ogóle to nie przeszkadzało, bo ta historia od pierwszej strony jasno mówi, czym chce być. To nie reportaż z wyprawy do Amazonii. To rasowa powieść przygodowa, która ma dostarczyć emocji, zachwytu i nieustannego poczucia zagrożenia.
I robi to znakomicie.
Najbardziej zaskoczyło mnie jednak coś innego.
Pod grubą warstwą akcji kryje się pytanie, które wracało do mnie długo po skończeniu lektury.
Czy każdą tajemnicę naprawdę należy odkrywać?
Przez lata nauczyliśmy się wierzyć, że wiedza zawsze jest dobrem. Że odkrywanie nowych miejsc, ruin i sekretów historii stanowi obowiązek człowieka. Tymczasem autor bardzo subtelnie przypomina, że niektóre drzwi zostały zamknięte z konkretnego powodu i że czasami największą oznaką mądrości nie jest wejść do środka, lecz umieć się zatrzymać.
To myśl, która zostaje. Tak samo jak obraz dżungli. Tak samo jak bohaterowie. Tak samo jak poczucie, że ta wyprawa mogła wydarzyć się naprawdę.
Kiedy odłożyłam książkę, złapałam się na tym, że zamiast myśleć o zaginionym mieście, myślałam o plecakach, mapach, starych dziennikach podróżników i wszystkich tych białych plamach, które wciąż istnieją na świecie. Bo największą siłą tej powieści nie jest ani tajemnica, ani sensacja, ani nawet świetnie napisane sceny akcji.
Największą siłą jest to, że budzi w dorosłym człowieku coś, o czym często zapominamy.
Czystą ciekawość świata. A ta, w przeciwieństwie do skarbów, nigdy nie traci swojej wartości.
Fernando Gamboa napisał powieść, przy której łatwo zapomnieć o godzinie, obowiązkach i rozsądku. Zamiast kolejnego przewidywalnego thrillera dostałam prawdziwą literacką ekspedycję – pełną humoru, adrenaliny, tajemnic i miejsc, do których rozsądek nigdy nie powinien prowadzić.
Tylko ostrzegam. Autor miał rację w jednym.
Ryzyko uzależnienia od tej serii jest naprawdę bardzo wysokie.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

