Recenzje

„Wakacje po włosku”-Katarzyna Kielecka

Autor: Katarzyna Kielecka
Tytuł: Waacje po włosku

Data premiery: 03.06.2026
Wydawnictwo:Wydawnictwo Dobre Strony
Liczba stron: 315
Gatunek: literatura obyczajowa

„Na autostradzie roiło się od kamperów oraz aut osobowych ciągnących przyczepy. Wielu podróżnych transportowało małe łodzie motorowe i żaglówki. Tablice rejestracyjne prezentowały przekrój całej Europy. Widać było, że to czas, gdy jedni ludzie wracają z urlopów, a inni właśnie go rozpoczynają…”

Włochy od lat istnieją w mojej głowie jako obietnica. Pachną cytrynami, kawą wypitą na tarasie z widokiem na jezioro bądź morze, makaronem jedzonym bez pośpiechu i tym charakterystycznym przekonaniem, że życie nie musi ciągle gdzieś pędzić. Nic więc dziwnego, że po „Wakacje po włosku” sięgnęłam z oczekiwaniami wywindowanymi pod samo niebo. Nie tylko dlatego, że kocham włoskie klimaty. Również dlatego, że już po kilku stronach zobaczyłam w tej historii odbicie własnego życia.

Joanna Sarnecka mogłaby usiąść ze mną przy jednym stole. Nie miałabym problemu uwierzyć, że znam ją od lat. Kobieta po czterdziestce, która marzy czasem tylko o chwili ciszy, książce i świętym spokoju. Obok niej mąż z gatunku tych, którzy nawet na wakacjach mają plan, harmonogram i przekonanie, że skoro już gdzieś przyjechali, to trzeba zobaczyć wszystko. Nastolatek wzdychający ciężko nad losem, bo przecież prawdziwe życie zostało w domu, razem z kolegami. Antonina, starsza siostra Kostka, studentka biologii zakochana w świecie morskich stworzeń, ośmiornicach i naukowych planach sięgających daleko poza granice Polski. Gdy brat cierpi z powodu rozłąki z kolegami, ona potrafi w ciągu kilku minut przejść drogę od drobnego problemu administracyjnego do wizji życia pod mostem jako „kloszardzica”. I pies. Labrador. Czekoladowy. W tym momencie przepadłam całkowicie.

Bo nie czytałam już wyłącznie o rodzinie Sarneckich. Momentami czytałam o sobie. O sobie, która też marzy o włoskich wakacjach. O sobie, która również czasem próbuje ogarnąć ludzi, emocje, logistykę i psa jednocześnie. O sobie, która doskonale zna spojrzenie labradora mówiące bez słów: „Naprawdę? Znowu komplikujecie rzeczy, które można rozwiązać spacerem i jedzeniem?”.

Katarzyna Kielecka zrobiła coś bardzo trudnego. Napisała książkę, w której praktycznie nie ma wielkich bohaterów. Nie ma spektakularnych zwrotów akcji. Nie ma zbrodni, tajemnic ani walki o losy świata. Jest zwyczajna rodzina jadąca na wakacje.

Tylko że los najwyraźniej uznał tę zwyczajność za osobistą obrazę.

Wszystko zaczyna się niewinnie. Włoski urlop, jeziora, góry, zwiedzanie, rodzinny wyjazd. Problem polega na tym, że Sarneccy wpadają pod walec pecha z siłą godną greckiej tragedii. Awarie, problemy organizacyjne, zdrowotne, logistyczne, drogowe, noclegowe. Jedna komplikacja goni drugą. Kiedy wydaje się, że gorzej już być nie może, życie odpowiada z rozbrajającym uśmiechem: „Potrzymaj mi espresso”.

Najzabawniejsze jest to, że żaden z tych problemów nie został sztucznie wymyślony. Właśnie dlatego działają. Nie brzmią jak fabularne przeszkody wrzucone dla podkręcenia akcji. Brzmią jak prawdziwe wakacje. Takie, które po latach wspomina się przy stole, płacząc ze śmiechu, choć w trakcie miało się ochotę usiąść na poboczu i zacząć szlochać.

W tym wszystkim najbardziej urzekła mnie autentyczność relacji.

Tosia, u której pod warstwą przesady kryje się dziewczyna inteligentna, ambitna i wrażliwa, która dopiero uczy się dorosłości. To właśnie Tośka wnosi do tej historii sporą część humoru, ale również kilka zaskakująco mądrych refleksji o przyszłości, marzeniach i własnej drodze. A kiedy deklaruje, że chce badać życie ośmiornic w ich naturalnym środowisku i nie widzi w tych planach miejsca na wnuki dla rodziców, trudno nie uśmiechnąć się pod nosem, bo brzmi dokładnie tak, jak powinny brzmieć marzenia dwudziestolatki – trochę idealistycznie, trochę bezkompromisowo i całkowicie szczerze.

Kostek jest nastolatkiem aż do bólu prawdziwym. Nie tym literackim, wymyślonym przez dorosłych, którzy dawno zapomnieli, jak wygląda szesnasty rok życia. To chłopak, który najchętniej teleportowałby się z powrotem do domu, do kolegów, swojego świata i swoich spraw. Narzeka. Marudzi. Protestuje. Dramatyzuje. Dokładnie tak, jak robią to prawdziwi nastolatkowie. I właśnie dlatego jedna z moich ulubionych scen pojawia się pod sam koniec książki, kiedy Kostek zaczyna snuć wizję przyszłości.

„Kiedy będę miał dzieci, zamierzam wam je podrzucać, żeby czasem od nich odpocząć. A potem przyjdzie moment, że dopadnie was demencja albo zrobicie się nadmiernie beztroscy i trzeba będzie chronić was przed światem lub świat przed wami. Wtedy zjawię się ja, jak rycerz na białym koniu…”

To jest dokładnie ten rodzaj humoru, który lubię najbardziej. Śmieszny, ale podszyty czymś ciepłym. I nagle ten wiecznie narzekający chłopak pokazuje, że pod całą warstwą młodzieńczego buntu kryje się zwyczajna miłość do rodziców.

Podobnie działa Wafel.

Mam wrażenie, że wiele osób pokocha tego psa bardziej niż niektórych bohaterów. Nie dlatego, że robi coś niezwykłego. Właśnie dlatego, że jest psem.

„Wafel zaś chętnie korzystał z okazji, by rozprostowywać łapy i zostawiać na krzaczkach ślady z wiadomościami dla swoich pobratymców. Antonina śmiała się, że publikuje posty na Psiejsbooku…”

Przyznaję bez bicia – śmiałam się głośno. Zwłaszcza że właściciele psów doskonale wiedzą, iż jest w tym więcej prawdy niż żartu.

To właśnie takie drobiazgi sprawiają, że książka żyje. Nie wielkie wydarzenia. Nie spektakularne katastrofy.

Codzienność. Przefiltrowana przez poczucie humoru. Najbardziej jednak ujęło mnie coś jeszcze.

Pod warstwą komedii Kielecka przemyca bardzo prostą, bardzo dojrzałą refleksję o rodzinie.

O tym, że życie nie składa się z idealnych chwil. Nie pamiętamy później dni, kiedy wszystko szło zgodnie z planem. Pamiętamy awarie. Pamiętamy pomyłki. Pamiętamy momenty, kiedy było fatalnie, a dziś opowiadamy o nich przy stole. Pamiętamy wspólne ratowanie sytuacji. Pamiętamy ludzi.

Jest taki moment, kiedy Tadeusz mówi:

„Zapamiętamy ten wyjazd do końca życia. Będzie co wnukom opowiadać.”

I trudno się z nim nie zgodzić.

Bo właśnie o tym jest ta książka. Nie o idealnych wakacjach. O wakacjach, które wymknęły się spod kontroli. I przez to okazały się niezapomniane. Szczególnie bliska stała mi się też Joanna. Nie dlatego, że jest bohaterką bez wad. Wręcz przeciwnie. Bywa zmęczona, sfrustrowana, ma dość. Chciałaby czasem przestać być osobą odpowiedzialną za wszystko i wszystkich. Właśnie dlatego jest tak wiarygodna. Nie udaje superbohaterki. Jest kobietą, która próbuje utrzymać rodzinę w pionie, nawet gdy sama najchętniej schowałaby się z książką na tarasie. I chyba dlatego tak łatwo było mi jej kibicować.

Przez całą lekturę miałam poczucie, że autorka nie próbuje nikogo idealizować. Każdy tutaj bywa irytujący. Każdy popełnia błędy. Każdy czasem przesadza. Ale wszyscy są prawdziwi. A prawdziwych ludzi lubi się znacznie bardziej niż papierowych ideałów.

Po zamknięciu książki zostało we mnie dziwne uczucie. Trochę śmiechu. Trochę wzruszenia. Trochę zazdrości. Bo choć Sarneccy przeżyli wakacje, których nikomu bym nie życzyła, to jednocześnie przeżyli coś, czego wielu ludziom brakuje.

Przygodę. Taką prawdziwą. Nieinstagramową. Nieupiększoną. Nieprzewidywalną. Taką, która po latach zamienia się w rodzinne legendy. A ja? Nadal marzę o włoskich wakacjach. Może nawet bardziej niż wcześniej. Mam tylko nadzieję, że kiedy w końcu nadejdą, fatum Sarneckich nie uzna mnie za godną następczynię Joanny.

Choć znając życie, Daktyl już szykuje konto na Psiejsbooku i jest gotowy relacjonować wszystko na bieżąco. 😉


Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *