
Autor: Sebastian Imielski
Tytuł: Szkoła na wzgórzu
Data premiery: 29.05.2026
Wydawnictwo: Wydawnictwo Chemia Mózgu
Liczba stron: 440
Gatunek: thriller, kryminał
„Przeszłość. Tutaj to słowo klucz. Wytrych do rozwikłania najmroczniejszych sekretów.”
No i proszę, ledwie człowiek otrzepał się po maturach, ósmoklasiści zdążyli przeżyć swoje małe arkuszowe piekiełko, lato stoi już za rogiem z miną listonosza niosącego awizo do szczęścia, a Sebastian Imielski przychodzi i mówi: dobrze, skoro już tak pięknie wszyscy rozmawiamy o szkole, to może ja wam pokażę taką, po której nie zostaje sentyment, tylko niepokój pod paznokciami.
Bo „Szkoła na wzgórzu” nie jest książką o edukacji, choć edukacja ma tu twarz wyjątkowo krzywą, zmęczoną i podszytą czymś, co bardzo chciałoby uchodzić za porządek. To nie jest również zwykły kryminał, w którym ktoś ginie, ktoś prowadzi śledztwo, a czytelnik grzecznie układa sobie podejrzanych jak sztućce przy niedzielnym obiedzie. Imielski robi coś znacznie ciekawszego: bierze szkołę, czyli instytucję z definicji niewinną, społeczną, uporządkowaną, otoczoną rytuałami dzwonków, rad pedagogicznych, dzienników, usprawiedliwień i tej świętej polskiej wiary, że jak jest pieczątka, to jest cywilizacja, po czym zdejmuje z niej tynk. A pod spodem, moi drodzy, nie ma cegły. Pod spodem jest strach.
Sylwester Cichy przyjeżdża do Sławina jak człowiek, który bardzo chciałby uwierzyć, że nowe miejsce potrafi być plastrem. Nauczyciel polskiego, facet po przejściach, trochę zmęczony życiem, trochę uparty, trochę z tych, którzy jeszcze wierzą, że słowa mają znaczenie, nawet jeśli system edukacji robi wszystko, by człowiek uwierzył, że najważniejsze są tabelki, hospitacje i święty spokój dyrekcji. Ma uczyć w Zespole Szkół w Sławinie, budynku zwanym Kotłem, położonym na Kominowym Wzgórzu, i już sama nazwa robi tu za ostrzeżenie bardziej uczciwe niż wszystkie regulaminy BHP razem wzięte.
Ta szkoła nie jest tłem. Ona jest organizmem. Patrzy, chłonie, przetrawia, milczy. Trwa nad miasteczkiem jak zły sen, którego nikt nie chce nazwać, bo wtedy trzeba byłoby przyznać, że wszyscy przez lata spali w tym samym pokoju z potworem. Autor bardzo dobrze rozumie, że najstraszniejsze miejsca nie muszą mieć lochów, zakrwawionych ścian i skrzypiących drzwi. Czasem wystarczy sekretariat, gabinet dyrektorki, szkolne archiwum i społeczność, która wyćwiczyła milczenie do perfekcji.
Na początku można się jeszcze uśmiechnąć, bo autor ma świetne oko do szkolnej codzienności. Jest tu rada pedagogiczna jako teatr absurdu, są nauczycielskie układziki, są uczniowie, którzy w pięć minut potrafią doprowadzić dorosłego człowieka do stanu, w którym zaczyna rozważać zmianę zawodu na hodowcę mchów, jest dyrektorska władza zbudowana z prestiżu, koneksji i przekonania, że świat dzieli się na tych, którzy rządzą, i tych, którzy mają siedzieć cicho. Laura Mech to postać, którą czyta się z mieszaniną irytacji i perwersyjnej przyjemności, bo oto literatura przypomina nam, że tyrania wcale nie musi nosić munduru. Czasem ma funkcję wicedyrektorki, spojrzenie jak kontrola skarbowa i umiejętność rozstawiania ludzi po kątach z elegancją walca drogowego.
A jednak pod tym humorem, pod tymi szkolnymi scenkami, pod tym realistycznym zgrzytem codzienności szybko zaczyna pracować coś ciemniejszego. Znika Alicja Maj, uczennica zdolna, wrażliwa, pisząca szkolną kronikę, a jej zaginięcie nie jest tylko kryminalnym punktem zapalnym. Jest pęknięciem. Przez to pęknięcie zaczyna wyciekać przeszłość, a wraz z nią sprawa Magdy Kraśnik, dawna historia z balu maturalnego, schowana tak głęboko, jak chowa się rzeczy, których nie da się ani naprawić, ani zapomnieć, więc pozostaje udawać, że nigdy nie istniały.
I tutaj właśnie „Szkoła na wzgórzu” robi się najciekawsza. Bo to nie jest opowieść wyłącznie o tym, kto zawinił. To jest opowieść o tym, jak wina potrafi przechodzić z rąk do rąk, nawet kiedy nikt nie chce jej wziąć na własność. O tym, że zbrodnia rzadko wyrasta w próżni, częściej potrzebuje sprzyjającego klimatu: obojętności, lęku, ambicji, lokalnych układów, cudzej wygody i tej obrzydliwej społecznej mądrości, która brzmi mniej więcej: nie ruszaj, bo jeszcze się ubrudzisz.
A przecież brud już tam jest. Tylko elegancko przykryty.
Imielski dobrze prowadzi psychologię swoich bohaterów, bo nie robi z nich kartonowych pionków w kryminalnej układance. Sylwester nie jest genialnym detektywem z cygarem w zębach i nadprzyrodzonym talentem do dedukcji, choć chwilami rzeczywiście ma w sobie tę staroświecką, conandoyle’owską żyłkę człowieka, który widzi szczegół tam, gdzie inni widzą bałagan. On raczej wchodzi w śledztwo dlatego, że nie umie inaczej. Bo ktoś zginął. Bo ktoś zniknął. Bo ktoś pisał. Bo ktoś chciał coś powiedzieć, a świat zrobił to, co świat robi najczęściej: wzruszył ramionami i poszedł po kawę.
To jest w nim najładniejsze i najbardziej ludzkie. Nie heroizm z marmuru, tylko upór z nerwów. Sylwester bywa naiwny, porywczy, czasem za bardzo wierzy, że wystarczy drążyć, żeby prawda sama wyszła na światło dzienne, jakby prawda była grzeczną uczennicą czekającą pod tablicą. Nie jest. Prawda w tej książce jest raczej jak zwierzę zagonione do kąta: brudna, przerażona i gotowa ugryźć każdego, kto podejdzie za blisko.
Bardzo mocno wybrzmiewa tu motyw pamięci. Nie tej ładnej, rodzinnej, oprawionej w albumy i pachnącej ciastem drożdżowym, tylko pamięci niewygodnej, zepsutej, ukrytej w dokumentach, plotkach, przemilczeniach i spojrzeniach ludzi, którzy wiedzą, ale nie powiedzą, bo po co sobie psuć życie. Imielski pokazuje, że małe społeczności bywają urocze tylko z zewnątrz. Z bliska potrafią przypominać zamknięty słoik: wszystko w środku kisi się razem, aż nawet niewinność zaczyna pachnieć podejrzanie.
Alicja i Magda są tu czymś więcej niż „sprawami”. To ważne, bo kryminały często mają paskudną skłonność do robienia z dziewczyn dekoracyjnych ofiar, ładnych trupów fabularnie użytecznych, ale psychologicznie płaskich jak szkolna gazetka o zdrowym odżywianiu. Tutaj jest inaczej. Obie zostają zbudowane przez ślady: zapiski, wspomnienia, cudze relacje, niepełne obrazy, fragmenty, których Sylwester musi szukać jak człowiek próbujący poskładać rozbite lustro, wiedząc, że odbicie i tak już nigdy nie będzie całe. To działa, bo czytelnik nie dostaje gotowego portretu. Dostaje stratę. A strata, jeśli jest dobrze napisana, mówi czasem więcej niż cały życiorys.
Ta książka ma też bardzo ciekawy stosunek do instytucji. Szkoła powinna chronić, a tu chroni przede wszystkim siebie. Dyrekcja powinna reagować, a zajmuje się wizerunkiem. Policja powinna drążyć, ale czasem wygodniej jest przyjąć prostszą wersję wydarzeń. Miasteczko powinno pytać, lecz woli szeptać. I w tym wszystkim jeden polonista zaczyna robić rzecz absolutnie nieprzyzwoitą: nie daje się uciszyć. W polskich realiach to już prawie działalność wywrotowa.
Styl autora jest konkretny, miejscami szorstki, ale ma w sobie rytm opowieści snutej przez kogoś, kto zna wagę szczegółu. Potrafi przejść od ironicznej obserwacji nauczycielskiej codzienności do sceny dusznej, mrocznej, niemal gotyckiej, bez uczucia, że ktoś właśnie włączył inny film. Kaszuby nie są tu folderem turystycznym, nie ma lukrowanych zachodów słońca i jezior udających reklamę pensjonatu z jacuzzi. Jest wilgoć, wiatr, las, błoto, prowincjonalna cisza i to osobliwe poczucie, że piękny krajobraz wcale nie musi być dobry. Może być tylko piękny. A pod nim i tak leży to, czego nikt nie chce wykopać.
Nie będę udawać, że to książka idealna, bo po pierwsze nie jestem urzędniczką od pieczątek zachwytu, a po drugie literatura nie potrzebuje kadzidła, tylko uczciwego czytelnika. Są momenty, w których fabuła mocno przyspiesza, śledcze tropy układają się dość szczęśliwie, a Sylwester bywa obdarzony przez los okazjami, których przeciętny człowiek nie dostaje nawet po znajomości z proboszczem i lokalnym radnym. Ale wiecie co? W tej historii to aż tak nie przeszkadza, bo jej siła nie leży wyłącznie w mechanice zagadki. Leży w atmosferze, w psychologicznym ciężarze i w tym coraz bardziej nieprzyjemnym przekonaniu, że zło najczęściej nie przychodzi z zewnątrz. Ono od dawna siedzi przy stole, tylko nikt nie chce mu podać nazwiska.
„Szkoła na wzgórzu” jest dla mnie opowieścią o pamięci, która domaga się rachunku. O winie, która nie starzeje się z godnością, tylko gnije. O młodości, która potrafi być bezbronna wobec cudzej manipulacji. O dorosłych, którzy bardzo lubią mówić o odpowiedzialności, dopóki odpowiedzialność nie zapuka do ich własnych drzwi. I o człowieku, który przyjeżdża do małego miasteczka po spokój, a dostaje w pakiecie szkolne archiwum, lokalne demony i dowód na to, że wakacje od przeszłości nie istnieją.
Czyta się to świetnie, bo autor ma dar opowiadania bez udawania, że musi co trzy strony podpalać stodołę, żeby utrzymać uwagę czytelnika. On raczej odkręca gaz. Powoli. Najpierw tylko coś czuć. Potem robi się duszno. A zanim zorientujesz się, że trzeba otworzyć okno, już siedzisz w środku tej historii i czytasz dalej, choć kawa wystygła, pranie dawno się skończyło, a pies patrzy z wyrzutem, bo miał być spacer, nie śledztwo.
I chyba właśnie za to najbardziej tę książkę cenię. Za to, że bierze bardzo znane miejsce – szkołę – i odbiera mu bezpieczną oczywistość. Po tej lekturze szkolne korytarze, puste latem sale, gabloty z pucharami, archiwa i stare kroniki zaczynają wyglądać trochę inaczej. Mniej niewinnie. Bardziej podejrzanie. Jakby każde zdjęcie klasowe mogło mieć na odwrocie historię, której nikt nie powinien czytać po zmroku.
Lato nadchodzi, wakacje za chwilę rozleją się po kalendarzu jak lemoniada po stole, a ja mówię Wam jedno: jeśli macie ochotę na książkę, która zamiast plażowego leżaczka podsunie Wam pod plecy zimny kamień z Kominowego Wzgórza, to proszę bardzo. „Szkoła na wzgórzu” czeka. I patrzy.
A szkoły, które patrzą, rzadko robią to bez powodu.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

