Recenzje

„Wiła” – Robert Ziębiński

Autor: Robert Ziębiński
Tytuł: Wiła

Data premiery: 22.10.2025
Wydawnictwo: Wydawnictwo Mięta
Liczba stron: 320
Gatunek: literatura młodzieżowa

„Wiel­ka moc nie po­trze­bu­je po­kla­sku. Ona skry­wa się tam, gdzie nikt nie zwra­ca na nią uwagi.”

No i powiedz mi, jak po takim zdaniu nie wejść w tę historię po kolana, jak w śnieg, który początkowo wydaje się miękki i niewinny, a po chwili zaczyna ciążyć na ramionach, wciskać się za kołnierz i przypominać, że zima potrafi być piękna wyłącznie do momentu, w którym nie postanowi Cię sprawdzić.

Usiadłam do „Wiły” z tym nieco cynicznym spokojem dorosłej kobiety, która już niejedną literacką burzę przetrwała, która wie, że druga część serii bywa kapryśna, że potrafi zgubić świeżość pierwszego zachwytu, a jednak – ledwie wróciłam do Czarnego Stawu, ledwie znowu poczułam zapach lasu i tę specyficzną ciszę, w której każde pęknięcie gałązki brzmi jak zapowiedź nieszczęścia – zrozumiałam, że to nie będzie odcinanie kuponów od sukcesu „Czarnego stawu”, tylko opowieść, która ma własny puls.

I wiesz, co jest najbardziej przewrotne? Że to wciąż historia młodzieżowa. A jednak czytałam ją jak ktoś, kto już dawno przestał wierzyć w potwory, ale wciąż wierzy w siłę przyjaźni, w pamięć, w stratę, w to, że zło rzadko przychodzi z hukiem – częściej sączy się jak mgła.

Autor od początku zapowiadał, że widzi tę historię jako większą całość – cztery tomy, legendy w tle, Twardowski, demony, niedopowiedzenia, które mają się odsłaniać stopniowo. I w „Wile” rzeczywiście uchyla kurtynę trochę szerzej, ale na tyle sprytnie, żeby nie odebrać czytelnikowi przyjemności domyślania się, łączenia kropek, budowania własnych teorii.

Tym razem w centrum opowieści stoi legenda o kobiecym duchu – o kimś, kto nie przeraża dlatego, że chce, lecz dlatego, że nikt nie ma odwagi spojrzeć jej w twarz i wysłuchać. To motyw znany z ludowych podań, ale tutaj przetworzony w sposób świeży i bardzo plastyczny. Wiła nie jest tylko straszakiem z lasu. Jest historią o strachu przed innością, o odpowiedzialności i o tym, że czasem największą odwagą jest… nie uciec.

Demon mamony nie jest wymysłem współczesnych korporacji ani patronem bankowych aplikacji. To stary jak świat symbol chciwości, żądzy posiadania, tej cichej pokusy, która podsuwa człowiekowi myśl, że „jeszcze trochę” to nie grzech, że władza nad czymś – nad kimś – jest tylko narzędziem. Mamona nie krzyczy. Ona szepcze. Obiecuje. I sprawia, że człowiek zaczyna wierzyć, iż kontroluje sytuację, podczas gdy to on jest kontrolowany.

Wiła natomiast wywodzi się z ludowych podań – słowiański duch kobiecy, istota związana z naturą, wodą, lasem, czasem piękna i uwodzicielska, czasem mściwa, zawsze nie do końca oswojona. W folklorze potrafiła wabić, karać, prowadzić na manowce. Była ucieleśnieniem siły natury, która nie znosi lekceważenia. W tej powieści wiła nie jest jednak tylko straszakiem z przypisu do etnografii. Ona ma głos. Ma historię. I ma powód.

I kiedy w Czarnym Stawie zaczynają dziać się rzeczy niepokojące – kiedy znika ktoś, kiedy w powietrzu pojawia się napięcie, którego nie da się nazwać, kiedy miasteczko zaczyna reagować jak organizm ogarnięty gorączką – nie dostajemy taniej sensacji. Dostajemy atmosferę. Gęstą, lepka jak śnieg topniejący w rękawicach.

Najpiękniejsze w tej książce jest to, że groza nie polega wyłącznie na tym, co czai się w lesie. Ona rodzi się w spojrzeniach, w niedopowiedzeniach, w poczuciu, że coś wymyka się spod kontroli, że logika przestaje wystarczać, że legendy – te, z których śmiejemy się przy ognisku – mogą mieć dłuższe korzenie, niż sądziliśmy.

Pojawia się Twardowski. Nie jako bajkowa figurka z morałem, ale jako cień przeszłości, jako ktoś, kto igrał z siłami, których nie da się oswoić bez konsekwencji. Myśl, że wiedza może być klatką dla demona, a jej utrata – jego wyzwoleniem, działa na wyobraźnię mocniej niż jakikolwiek dosłowny opis.

I tu właśnie „Wiła” robi coś, za co ją szanuję: nie wykłada wszystkiego na stół. Nie prowadzi za rękę. Pozwala snuć przypuszczenia. Zostawia przestrzeń na niepokój. Ale w centrum tej historii, choć brzmi to paradoksalnie, nie stoi demon. Stoi jedność.

Pamiętasz, jak mówiłam Ci po pierwszym tomie, że najbardziej porusza mnie w tej serii to, jak dzieciaki trzymają się razem, jak w ich dialogach jest i złośliwość, i lojalność, i ta młodzieńcza bezczelność, która ratuje przed patosem? W „Wile” to jeszcze mocniejsze.

Jedność jako przeciwieństwo chaosu. Cztery żywioły, które osobno mogą zostać złamane, a razem tworzą coś, czego nie da się tak łatwo rozbić. I kiedy czytasz o tym, jak bardzo Wiła nienawidzi jedności, zaczynasz rozumieć, że to nie tylko metafora magiczna – to metafora dorastania. Świat próbuje Cię rozproszyć, rozciągnąć, skłócić. A Ty, jeśli masz szczęście, masz obok siebie ludzi, z którymi możesz stworzyć coś stabilnego.

I w tym wszystkim pojawia się on. Pan Pulman.

Nie będę zdradzać szczegółów, bo nie o katalog zdarzeń tu chodzi, tylko o emocję, która mnie złapała za gardło tak skutecznie, że musiałam na chwilę odłożyć książkę. Jest w tej postaci cicha wielkość, która idealnie współgra z cytatem otwierającym: wielka moc nie potrzebuje poklasku. Ona nie staje na podium. Ona działa wtedy, kiedy nikt nie patrzy.

Pan Pulman jest właśnie taki. I jego obecność w tej historii nie jest tanim chwytem pod tytułem „dodajmy zwierzę, będzie uroczo”. To jest świadoma, czuła decyzja autora, która – kiedy już poznasz kontekst – nabiera jeszcze głębszego znaczenia.

Bo „Wiła” to również opowieść o stracie. O tym, że nie wszystko da się ocalić. O tym, że czasem zwycięstwo nie wygląda jak fajerwerki, tylko jak cicha ulga, która przychodzi po burzy, pozostawiając po sobie pustkę.

Czytałam tę książkę z rosnącym napięciem, ale też z dziwną czułością. Bo choć jest w niej groza, jest też światło. Choć pojawia się chaos, pojawia się też równowaga. Choć zło potrafi być przerażające, nie jest wszechmocne.

I wiesz, co mnie absolutnie kupiło? Styl.

Barwny, plastyczny, momentami niemal filmowy, a jednocześnie podszyty ironią, która sprawia, że dialogi brzmią naturalnie, że bohaterowie nie zamieniają się w papierowe figurki wygłaszające tezy o życiu, tylko w prawdziwych ludzi, którzy się boją, żartują, mylą tropy, spierają się o drobiazgi.

Czy bawiłam się dobrze? Tak. Zdecydowanie tak.

Czy czułam dreszcz? Owszem. I to nie ten tani, wywołany nagłym wyskoczeniem potwora z krzaków, ale ten głębszy, który pojawia się, kiedy rozumiesz, że zło w tej historii ma sens, ma korzenie, ma swoją logikę.

I może właśnie dlatego, mimo że to literatura młodzieżowa, nie czułam się jak intruzka. Czułam się jak czytelniczka, która wraca do świata, który ją wciągnął, i odkrywa, że pod powierzchnią przygody kryje się coś znacznie bardziej uniwersalnego.

„Wiła” nie zdradza pierwszego tomu. Nie powtarza go bezmyślnie. Rozwija mitologię, pogłębia emocje, dokłada warstwę refleksji o sile, która nie potrzebuje oklasków, i o chaosie, który zawsze będzie próbował znaleźć szczelinę.

A ja?

Ja czekam na kontynuację. Nie dlatego, że „tak wypada”, nie dlatego, że seria zobowiązuje, ale dlatego, że chcę jeszcze raz wejść do tego lasu, jeszcze raz usłyszeć trzask gałęzi, jeszcze raz zobaczyć, jak przyjaźń staje naprzeciw czegoś, co próbuje ją rozbić.

I jeśli ktoś mi powie, że młodzieżówki to lekka rozrywka, uśmiechnę się tylko i odpowiem, że wielka moc naprawdę nie potrzebuje poklasku.

Ona po prostu jest.


Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *