
Autor: Catherine Reiss
Tytuł: W tym miejscu śpiewają potwory
Data premiery: 20.08.2025
Wydawnictwo: Wydawnictwo Nocą
Liczba stron: 454
Gatunek: thriller, horror
„To miejsce ma swoje prawa. I swoje potwory.”
Wiesz, jak to jest, kiedy niby wszystko idzie zgodnie z planem – dzień taki sam jak setki poprzednich, tramwaj jedzie swoim rytmem, w głowie kilka niedokończonych myśli, a w rękach masz nową książkę ” W tym miejscu śpiewają potwory”. Zaczęłam ją czytać w drodze z pracy, między dzwonieniem telefonu a stukotem kół po szynach, i nagle okazało się, że nie słyszę już niczego poza tym, co dzieje się na kartach powieści. Nawet gwar i zapachy miasta rozpłynęły się gdzieś w tle, ustępując miejsca mrocznemu, dusznemu światu, który Catherine Reiss zbudowała tak sugestywnie, że prawie czułam wilgoć w powietrzu i słyszałam echo własnych kroków na pustej ulicy.
Tak właśnie było. Przepadłam. Nie na zasadzie: „o, ciekawa historia, może przeczytam wieczorem”. Nie. To było raczej jak wciągnięcie w wir, w którym najpierw próbujesz się bronić, a potem zrozumiesz, że nie masz szans, więc dajesz się ponieść. Z tą różnicą, że tu zamiast wody była gęsta, duszna mgła fabuły, przez którą nawet powietrze miało inny smak.
„W tym miejscu śpiewają potwory” Catherine Reiss to książka, w której nie ma miejsca na rozgrzewkę. Nie dostajesz kilku stron, żeby przyzwyczaić się do rytmu, złapać oddech i obejrzeć krajobraz. Tu od razu stajesz w drzwiach – i albo wejdziesz, albo się cofniesz. Problem w tym, że jeśli wejdziesz, wyjście wcale nie jest takie oczywiste.
To jest ta książka, która zaczyna się jak uderzenie w skronie – bez ostrzeżenia, bez czułego wprowadzenia, od razu wrzuca cię w środek nocy, w środek ucieczki, w środek strachu, którego jeszcze nie rozumiesz. Kobieta, Rosanna, biegnie przez ciemność z dwójką dzieci, a ty, czytając, słyszysz w uszach własny oddech, czujesz napięcie w mięśniach, jakbyś to ty uciekała, nie oglądając się za siebie, bo oglądanie się mogłoby kosztować życie. Nie wiesz, dlaczego uciekają. Nie wiesz, dokąd. Ale czujesz – tam, skąd przyszli, zostało coś, co ma w sobie zbyt wiele zła, by móc to nazwać ludzkim. Kiedy skręcają w tą jedną, niewłaściową drogę, wszystko zaczyna się sypać, jak domek z kart.
A potem pojawia się Max. Mąż, który nie potrafi pogodzić się z tym, że Rosanna i ich dzieci po prostu zniknęły. Nie ma w nim zgody na bezsilność. To nie jest bohater w hollywoodzkim wydaniu — nie ma planu, nie ma pewności, że wygra. Ma tylko wściekłość, rozpacz i gotowość, by iść tam, gdzie inni nie odważyliby się spojrzeć. Max jest w tej historii jak punkt odniesienia — normalny człowiek, któremu odebrano normalność. Im dalej brnie w tę pułapkę, tym bardziej widzimy, jak cienka jest granica między determinacją a obsesją.
I właśnie ta pułapka — pensjonat, który istnieje „pomiędzy” — jest sercem powieści.
Miejsce, w którym rozgrywa się ta historia, wydaje się na pierwszy rzut oka zwyczajne. Jest stary pensjonat, ludzie, rozmowy, które można by podsłuchać w dowolnym miejscu na świecie. A jednak od pierwszych stron czujesz, że coś tu jest nie tak – jakby światło wpadało przez lekko przybrudzoną szybę, a czas płynął w sposób trudny do uchwycenia. Nie wiesz jeszcze, co to znaczy, ale czujesz, że wieczór będzie inny. I masz rację.
Bo kiedy nadchodzi noc, wszystko się zmienia. Mroki wypełnia śpiew – nie taki, który można nucić, ale taki, który „sprawia, że ściany pokoju zadrżały”. Pieśń, w której nie ma ani odrobiny ukojenia, za to jest rytm, od którego twoje serce zaczyna przyspieszać wbrew twojej woli. To dźwięk, który jest zaproszeniem i ostrzeżeniem jednocześnie. I każdy, kto go usłyszy, musi podjąć decyzję: zignorować czy odpowiedzieć.
Momentami miałam to niepokojące déjà vu, które pewnie znasz, jeśli, tak jak ja, oglądasz i czytasz za dużo. Mignęły mi obrazy z serialu Stamtąd (From), w którym ludzie również utknęli w odizolowanym miejscu, a nocą coś przychodzi, coś, co nie jest człowiekiem, choć próbuje tak brzmieć. Ale to porównanie jest tylko punktem zaczepienia — Reiss zbudowała świat o innej gęstości, o innym smaku strachu.
To samo poczucie odcięcia od świata, to samo napięcie w drobnych szczegółach — jak cienka nitka strachu przeciągnięta przez pozornie zwyczajną codzienność. Tu wszystko dzieje się niby zwyczajnie: ktoś pije kawę, ktoś rozmawia w kuchni, ktoś patrzy w lustro… i nagle w tym lustrze nie odbija się już to, co powinno.
W tym miejscu zasady istnieją, choć nikt ich nie napisał. Przestrzegasz ich, bo wiesz, że inaczej nie dotrwasz do świtu. Bo tutaj noc to nie pora odpoczynku, tylko czas, w którym światło staje się jedynym sojusznikiem, a dźwięki zza okna potrafią sprawić, że modlisz się o wschód słońca.
Autorka nie potrzebuje krwi lejącej się strumieniami, żeby przestraszyć. Ona gra na ciszy, na pauzach między słowami, na tym, że wiesz, iż coś się wydarzy, ale nie wiesz kiedy i z której strony nadejdzie. Potrafi opisać zwykły gest — przesunięcie dłoni po zaparowanym lustrze — tak, że czujesz, jak w kręgosłupie przeskakuje Ci zimny dreszcz. A potem dorzuca jedną frazę, jedno zdanie, które wbija się pod skórę. Jak choćby to:
„Lustro jest jak okno. Ale to, co zobaczysz, zależy od tego, co ono samo zechce ci pokazać.”
Reiss stworzyła postacie, które nie są papierowymi pionkami przesuwanymi po planszy. Oni mają przeszłość, mają swoje winy i swoje złudzenia. Czasem kłamią, czasem ratują, czasem jedno i drugie naraz. I to właśnie sprawia, że im wierzysz — nawet kiedy podejrzewasz, że coś ukrywają.
Tu każdy dialog ma podskórne napięcie. Czasem jest to rozmowa o niczym, ale w tonie słów czujesz, że pod spodem pulsuje inny, ciemniejszy sens. Każdy szczegół — zegar, zasłonięte lustro, dziwny dźwięk w nocy — jest jak kawałek układanki, której pełnego obrazu nie dostaniesz od razu. Autorka nie karmi czytelnika łatwymi odpowiedziami, zmusza, żebyś wchodziła coraz głębiej, aż w końcu sama przestajesz być pewna, co jest prawdą, a co już tylko echem czyjejś opowieści.
I tu muszę zaznaczyć – wbrew temu, co można by sądzić, Reiss nie unika brutalności. Wręcz przeciwnie. W jej prozie są sceny, które ociekają krwią, w których czuć metaliczny zapach żelaza i lepkość na skórze. Nie epatuje tym dla taniego efektu, ale kiedy przemoc się pojawia, jest namacalna, cielesna, uderza w zmysły i nie daje o sobie zapomnieć. To ten rodzaj opisu, po którym nie jesteś pewna, czy chcesz przewrócić stronę, czy raczej zatrzymać się, by złapać oddech.
Autorka ma dar budowania scen, które zostają w głowie na długo po zamknięciu książki. Nie spektakularnych, ale takich, które drapią gdzieś od środka, bo dotykają pierwotnych lęków. Czasem wystarczy jedno zdanie, żeby poczuć, że robi się chłodniej, choć siedzisz w ciepłym pokoju. Czasem wystarczy spojrzenie bohatera, który już wie, że nie ma odwrotu.
Jest w tej książce taki rodzaj napięcia, który nie pozwala czytać jej „po trochę”. Albo wchodzisz w całość, albo lepiej odłóż ją na później, bo inaczej będziesz rozdrażniona, że musisz wrócić do świata, w którym nikt nie zasłania luster na noc.
I tak, zakończenie zostaje otwarte. Takie, które wcale nie przynosi ulgi, tylko jeszcze więcej pytań. Ale też takie, które daje nadzieję — choć nie wiesz, czy to nadzieja na lepsze, czy na gorsze.
Nie ma w tym wszystkim nachalnego epatowania grozą. Jest coś o wiele trudniejszego do wytrzymania: atmosfera, której nie można się pozbyć nawet po ostatniej stronie. Bo kiedy już wiesz, co potrafi to miejsce, nie ma odwrotu.
„W tym miejscu śpiewają potwory” to opowieść, którą się przeżywa, a nie tylko czyta. I choć wiele razy miałam ochotę odłożyć ją na bok, żeby złapać oddech, to jednocześnie nie potrafiłam przestać. Bo chciałam wiedzieć, co jest za tym zakrętem, co się stanie, jeśli ktoś złamie zasadę, co zobaczę, jeśli odsłonię zasłonę z lustra.
Powiem Ci tak: jeśli masz ochotę na historię, która wciągnie Cię jak nocna mgła, która sprawi, że będziesz się rozglądać, zanim zgaszisz światło, i która zostawi Cię z tym dziwnym, niepokojącym drżeniem — to jest właśnie ta książka. Ale czy wejdziesz do tego miejsca… to już Twoja decyzja.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
