
Autor: Małgorzata Starosta
Tytuł: Skąd wyleciało to ciało?
Data premiery: 25.03.2026
Wydawnictwo:Wydawnictwo Mięta
Liczba stron: 304
Gatunek: kryminał, cozy crime
„- Szanowni państwo, panie i panowie, miłośniczki i miłośnicy historii – zaczęła Linda. – W ciągu najbliższych godzin zabiorę państwa w podróż, będzie to jednak podróż nie w przestrzeni, tylko w czasie. Do zbrodni, o której opowiem, doszło bowiem tutaj, zaledwie kilkadziesiąt kroków od miejsca, w którym się zebraliśmy.”
Trudno o bardziej przewrotne otwarcie. Sala pełna ludzi, konferencja, historia opowiadana z bezpiecznego dystansu – i to jedno zdanie, które zamiast uspokajać, przesuwa grunt pod nogami. Bo nagle przeszłość przestaje być przeszłością. Przestaje być wykładem. Zaczyna być przestrzenią, w której coś może wydarzyć się ponownie.
I właśnie w tym miejscu „Skąd wyleciało to ciało?” wykonuje swój najważniejszy ruch – nie pozwala czytelnikowi rozsiąść się wygodnie w fotelu obserwatora. Zamiast tego wciąga go w sytuację, w której teraźniejszość zaczyna niepokojąco przypominać coś, co – teoretycznie – już zostało dawno temu zakończone.
Konferencja historyczna nie jest tu dekoracją. Jest sceną. I to sceną napisaną z precyzją, która budzi lekki niepokój jeszcze zanim wydarzy się cokolwiek jawnie dramatycznego. Ludzie przychodzą posłuchać historii. Dostają coś więcej. Bo gdzieś pomiędzy jednym slajdem a drugim pojawia się pęknięcie.
Ciało. Nie znalezione. Nie odkryte. Nie „odkopane”. Wylatujące z okna.
Ten jeden obraz robi coś, czego nie da się odwrócić, przenosi ciężar opowieści z przeszłości w teraźniejszość z brutalnością, która nie potrzebuje komentarza. Historia przestaje być opowiadana. Zaczyna się dziać.
I od tego momentu wszystko, co było wcześniej, zmienia znaczenie. Bieżące dochodzenie nie rozwija się jak klasyczny kryminał. Nie ma tu spokojnego zbierania tropów, eleganckiego łączenia faktów. Jest chaos, napięcie, rozmowy, które brzmią zbyt lekko jak na to, co się naprawdę wydarzyło. I właśnie w tej pozornej lekkości tkwi siła tej narracji.
„- Jeremi, jakby co, to Ty zrobisz mi autopsję.”
Takie zdania nie powinny działać w historii o śmierci. A jednak działają, bo nie są tanim żartem, tylko sposobem na oswojenie czegoś, czego oswoić się nie da. Postaci mówią, śmieją się, przekomarzają, a jednocześnie poruszają się coraz bliżej czegoś, co wyraźnie wymyka się spod kontroli.
Wątek historyczny nie zostaje tu dołączony do fabuły – on się w nią wgryza. Najpierw jako opowieść. Potem jako materiał dowodowy. Wreszcie jako coś, co zaczyna wpływać na teraźniejszość w sposób całkowicie realny. Książę Władysław Drucki-Lubecki nie zostaje wprowadzony jako postać literacka. Zostaje przywołany jak świadek, który nie może już zeznawać. Jego życie, jego pozycja, jego śmierć – wszystko to istnieje w tekście jako coś, co trzeba zrozumieć.
„Książę Władysław Drucki-Lubecki… zasłynął… z wielu powodów, a jednym z nich była śmierć poniesiona z ręki skrytobójcy, którego tożsamość i motywacja nigdy nie zostały poznane.”
I to jedno zdanie ustawia całą oś tej historii – nie zbrodnia, lecz brak odpowiedzi.
Współczesność, która w wielu kryminałach pełni funkcję dekoracyjną, tutaj działa jak narzędzie nacisku. Linda nie jest tylko bohaterką. Jest kimś, kto nie zgadza się na wygodne wersje wydarzeń.
Ma w sobie tę specyficzną, niebezpieczną cechę ludzi zajmujących się historią: nie wierzy w jej ostateczność. Z pozoru lekka, z ironicznym błyskiem, potrafiąca rzucić tekstem o autopsji przy kawie – „Jeremi, jakby co, to zrobisz mi autopsję” – nie jest wcale rozładowaniem napięcia. Jest jego maską. Bo im bardziej historia zaczyna się zagęszczać, tym wyraźniej widać, że humor nie służy tu rozrywce, tylko przetrwaniu. I to jest drugi, niezwykle precyzyjny ruch tej powieści – ironia nie rozbraja ciężaru historii. Ona pozwala go unieść.
Wątek pamiętnika księcia działa jak detonator. Nie dlatego, że zawiera wielkie tajemnice, ale dlatego, że ktoś uznaje, że nie powinien zostać przeczytany.
„To miała być prosta i łatwa robota… tyle tylko że plan nie zakładał dociekliwej archiwistki…”
Nie ma w tym wielkiej intrygi rodem z hollywoodzkich produkcji. Jest coś znacznie ciekawszego – przekonanie, że historia może mieć wartość nie tylko symboliczną, ale i materialną. Że przeszłość można sprzedać, ukraść, ukryć.
I że ktoś zawsze spróbuje.
Berenika zaczyna rozumieć że konferencja, archiwum, badania – to wszystko może być tylko pretekstem. Że historia, którą się bada, bywa jednocześnie historią, którą ktoś próbuje kontrolować.
I właśnie wtedy przestaje być bezpiecznie.
Najciekawsze w tej książce nie jest pytanie „kto zabił”. To pytanie pada, oczywiście, ale szybko przestaje być najważniejsze. Znacznie bardziej niepokojące okazuje się inne: czy to, co uznano za prawdę, było nią od początku?
Proces Bispinga, ze swoją retoryką, zderzeniem ekspertyz i emocji, pokazuje mechanizm, który działa równie sprawnie dziś, jak i sto lat temu.
„Odrzućmy wszystkie inne zeznania, odrzućmy wszystkie ekspertyzy… a nie zachwieje się w nas przekonanie, że on ubrudził ręce krwią księcia.”
To zdanie powinno być wypowiedziane szeptem. A jednak brzmi jak wyrok.
Nie chodzi o prawdę. Chodzi o przekonanie.
I tu książka wykonuje coś, co naprawdę warto docenić – nie daje czytelnikowi komfortu jednoznaczności. Każdy element układanki wydaje się logiczny, dopóki nie spojrzy się na niego z innej strony. Każda poszlaka działa, dopóki nie zacznie się jej rozbierać na części.
Historia nie jest tu linią. Jest siecią. A jednocześnie, i to jest chyba najbardziej zaskakujące, ta powieść nie tonie w ciężarze własnych ambicji. Wręcz przeciwnie. Płynie.
Dialogi mają lekkość, która nie wynika z uproszczenia, tylko z wyczucia rytmu. Postaci nie wygłaszają manifestów, lecz rozmawiają – czasem z ironią, czasem z niepokojem, czasem z tą specyficzną bezradnością ludzi, którzy zaczynają rozumieć więcej, niż powinni.
„Nic tak nie podnosi jakości życia jak zdrowe poczucie humoru.”
Zdanie rzucone niby mimochodem, a jednak zostaje. Bo działa jak kontrapunkt dla wszystkiego, co w tej historii ciężkie, niewygodne, nie do końca nazwane. Nie ma tu efektownych zwrotów akcji, które wymuszają reakcję. Jest coś trudniejszego, narastające poczucie, że historia została opowiedziana nie tyle źle, ile zbyt wygodnie.
I że ktoś, kiedyś, podjął decyzję, by pewne elementy tej opowieści wygładzić.
Zostaje archiwum. Zostają dokumenty. Zostaje pamiętnik. I zostaje pytanie, które nie daje spokoju: co dokładnie zostało pominięte?
Ta książka działa najpełniej właśnie tam, gdzie przestaje być kryminałem, a zaczyna być rozmową o pamięci. O tym, jak łatwo ją uporządkować, zamknąć w aktach, przypisać do jednego nazwiska, jednego wyroku, jednej wersji wydarzeń.
I jak trudno ją potem odzyskać.
Bo historia, ta prawdziwa, nie ta podręcznikowa, nie kończy się w momencie, w którym ktoś stawia kropkę. Ona trwa w niedopowiedzeniach. W dokumentach, które ktoś schował. W pytaniach, których nikt nie zadał do końca.
Zostaje obraz: park, drzewa, ciało, które próbowało się ratować.
„Między rzadko rosnącymi drzewami znajdował się kontur ludzkiej sylwetki…”
Kontur.
Nie ciało. Nie człowiek.
Ślad.
I być może właśnie o to w tej książce chodzi najbardziej – o ślady, które ktoś próbował zamienić w historię, a które wciąż, uparcie, nie chcą się w nią wpasować.
Bo zbrodnia, choć brutalna, wydarza się raz.
Jej interpretacja – potrafi trwać znacznie dłużej.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

